Tragedia i chamstwo z żużlem w tle

Październik 7, 2011 1 komentarz

Falubaz jest najlepszym klubem w Polsce. Przyczynił się do tego cały sztab ludzi: sponsorzy, działacze, trenerzy, żużlowcy i kibice. Ci ostatni tworzą taką atmosferę wokół żużla w Zielonej Górze, jakiej nie ma w żadnym innym mieście. „Myszom” oficjalnie kibicują znani dziennikarze, aktorzy, a z klubu zrobiono już nawet gwiazdę drugiego planu w znanym serialu komediowym. Ale od niedzielnego wieczoru to nie ma żadnego znaczenia. O tym się nie mówi. To znaczy o zielonogórskim żużlu mówi się dużo, ale niestety źle i przedstawia się go w bardzo ciemnym świetle.

Około dwumetrowej wysokości napis HWDP (Huj W Dupę Policji) niedaleko budynków szpitalnych na ul. Podgórnej w Zielonej Górze(Fot. http://www.wikipedia.pl)

Wszystko za sprawą chuliganów i bandytów, którzy po zwycięskim meczu Falubazu z Unią Leszno ruszyli do centrum miasta fetować tytuł mistrzowski swojej drużyny. I tam właśnie doszło do tragedii, bo jeden z uczestników fety stracił życie pod kołami samochodu policyjnego. Gdyby to było inne auto miałaby miejsce „tylko” ludzka tragedia. A tak był dramat powiązany z burdą i manifestacją przeciwko policji. Bo w Polsce policjant to wróg numer jeden. Pijanym imbecylom szukającym zaczepki wystarczy iskra, najmniejszy pretekst, żeby zacząć uliczną wojnę. I stało się. Sytuacja dla bandytów wymarzona. Przecież to nie mógł być wypadek. To na pewno działanie umyślne. Policja chciała zabić specjalnie. To typowe myślenie wyznawców CHWDP. Nie wiem skąd się wzięła ta nienawiść do policji. Przecież większość tych ludzi, która rzuca w mundurowych kamieniami nie pamięta nawet Stanu wojennego, więc nie może mieć skojarzeń i złych wspomnień z ZOMO czy ORMO. A mimo to pobili policjanta prawie na śmierć. W dodatku kobietę…

Ja skrót CHWDP tłumaczę inaczej:

CHuligani

Wiochę Polak potrafi zrobić wszędzie. Ale angielska policja ze skrótem już się zapoznała... (Fot. szeroko pojęty internet)

Won

Do

Paki

I policja na szczęście ma podobne podejście, bo już zaczęły się zatrzymania i stawianie zarzutów. Niech żyje miejski monitoring. Już nikt nie może czuć się bezkarny.

Jeszcze nigdy tak długo speedway nie był tematem numer jeden we wszystkich stacjach telewizyjnych. Mniej się mówiło o tej dyscyplinie, gdy Tomasz Gollob sięgał po tytuł IMŚ, a polska reprezentacja zdobywała Puchar Świata. Ciekawsza od sportu jest krew na pierwszej stronie. Smutne, ale prawdziwe.

Niby mówi się o zamieszkach, a nie o sporcie żużlowym, więc nie ma się czego obawiać, ale to niestety tak nie działa. Za często pada w relacjach telewizyjnych: Falubaz, kibice żużla, burda po meczu żużlowym. Siłą tego sportu zawsze byli kibice. Mówiło się o atmosferze rodzinnej, pikniku, trybunach otwartych dla wszystkich. Czar prysł. Teraz ludzie w te bajki przestaną wierzyć. Pozytywny wizerunek czarnego sportu został nadszarpnięty. Siła mediów jest wielka, więc ludzie mogą zacząć się bać przychodzić na stadiony, bo jest zbyt niebezpiecznie. A to przecież nie jest prawda, bo na meczu nic złego się nie działo. Wszyscy normalni fani jazdy w lewo poświętowali i rozeszli się do domów. Tylko, że widzowie programów informacyjnych tego nie wiedzą, za kilka dni nie będą pamiętać kto został Drużynowym Mistrzem Polski, a jedyne co pozostanie w ich głowach to fakt, że po meczu Falubazu działy się rzeczy, jakich Zielona Góra jeszcze nie widziała.

Stadion Olimpijski we Wrocławiu. Nikt nikogo nie pobił, a i tak mamy tu PUSTOSTAN...

Ja absolutnie nie twierdzę, że od teraz nikt w grodzie Bachusa nie będzie przychodził na Wrocławską 69. To niemożliwe. To miasto żyje żużlem. Ale speedway ogólnie ucierpi, ponieważ jego kibiców wrzuci się do jednego worka ze „Staruchami” i innymi piłkarskimi kibolami. Stratni będą wszyscy.

Fan żużla = chuligan? Strach się bać. Chyba, że jest się z Wrocławia, to wtedy nie ma powodów do obaw. Tutaj kibiców czarnego sportu już nie ma…

Tomasz_A®muła

Reklamy

Ta ostatnia niedziela…

Październik 3, 2011 Dodaj komentarz

I wszystko jasne. Medale DMP rozdane. Nie było niedzieli cudów i wielkich niespodzianek. Każdy zna swoje miejsce w ligowym szeregu, ale niekoniecznie każdy dostał to, na co zasłużył.

Sprawiedliwie w półfinałach nie było, ale o tym już wszystko zostało napisane.

Bartosz Zmarzlik. Bohater pierwszego meczu Stal-Unibax.

Dzisiejsza walka o medale była nudna i przewidywalna. Torunianie byli faworytami do złota i po tym, jak nie weszli do finału odpuścili nawet walkę o brąz. Dość powszechne zjawisko w sporcie. Gorzowianie mieli chyba nerwy ze stali i z uporem maniaka niszczyli „Anioły” w każdym biegu. Duża w tym zasługa Bartosza Zmarzlika, który przywiózł w pierwszym meczu 14 punktów plus bonus. Straty 30 „oczek” nie dało się u siebie odrobić. Jednym słowem nuda. Brak emocji.

W finale Unia Leszno wyrobiła u siebie tylko czteropunktową przewagę. Za mało przed rewanżem w Zielonej Górze i nowi mistrzowie Polski nie mieli żadnych problemów z pokonaniem u siebie „Byków”. Falubaz wrócił na szczyt, ale po zmianie regulaminu działacze będą zmuszeni zbudować drużynę niemal od początku. Tylko jeden zawodnik z GP znajdzie miejsce w składzie od sezonu 2012. Ktoś musi odpaść, więc Protasiewicz, Hancock i Jonsson siedzą cicho, jak mysz pod miotłą i modlą się, żeby nie padło na nich. Nikt Falubazu nie chce opuścić. To żużlowa FC Barcelona. Duża kasa i jazda przy pełnych trybunach.

Ale regulamin jest bezwzględny, a zmiany nieuniknione.

Przepis o redukcji uczestników Grand Prix w składzie jest dla wielu nie do przyjęcia, ale mi to w ogóle ciśnienia nie podnosi. Bardziej czekam na powiększenie ligi. Chcę więcej spotkań! Sezon jest dla mnie zdecydowanie za krótki. Za to zima jest długa i można złapać doła, albo wpaść w kompletną depresję, jak młody junior ze świeżą licencją po pierwszym nieudanym meczu ligowym.

Rywalizacja najlepszych klubów żużlowych porywa polskich kibiców, ale decydujący wpływ na wyniki mają właściciele zespołów, prezesi i ich pieniądze. Przez lata dla bogaczy ukochana drużyna była drogą zabawką, która była przepustką do rozgłosu i sławy. Teraz to ma się zmienić. Przyszedł czas oszczędności i wyrzucania nadmiaru gwiazd ze składu. W Zielonej Górze prawdziwy ból głowy i płacz. Wręczyli im niby złote medale, ale po chwili zgasili na stadionie bursztynowe światło, okręcili bramę wjazdową łańcuchem i pozbawili wszelkich złudzeń. Takiego Falubazu za rok już nie będzie. Marne pocieszenie dla nich jest takie, że podobne problemy mają też inne bogate teamy.

Tylko ci biedniejsi, jakoś tak odetchnęli z ulgą i w zmianach regulaminowych szukają swojej szansy…

Falubaz przed ostatnią niedzielą był pewniakiem do złota, ale kibice z grodu Bachusa chyba nie byli tego do końca pewni, bo szukali wsparcia na górze. I to dosłownie, ponieważ pierwszym kibicem swojego klubu ustanowili Chrystusa Króla ze Świebodzina, który miał im pomóc w walce w finale. Wystarczyło upić pana Zbyszka, który jest nocnym stróżem ogromnego pomnika i zarzucić czterdziestometrowy szalik w barwach Falubazu na szyję Chrystusa.

Boże, jakie to polskie i głupie do bólu…

Zobacz relację stróża Zbyszka…

Kategorie:żużel,speedway

Stawka większa, niż życie?

Wrzesień 25, 2011 Dodaj komentarz

Za chwilę mecze Speedway Ekstraligi o 1. i 3. miejsce w sezonie 2011, czyli rusza gra o wysoką stawkę. Szkoda tylko, że dla niektórych to nawet stawka większa, niż życie.

W Lesznie i Gorzowie kibice pewnie już wypełnili stadiony do ostatniego miejsca. Żużlowcy czują emocje, nerwy, stres, presję, wysokie oczekiwania fanów, trenerów i prezesów. Toksyczna atmosfera udziela się prawie wszystkim. A mnie to kompletnie nie rusza i zupełnie nie interesuje. Bo po tym co zobaczyłem i usłyszałem po meczach półfinałowych nie zamierzam brać na poważnie wyników Drużynowych Mistrzostw Polski.

Półfinał Unia Leszno – Unibax Toruń

(Leszno-Toruń 53:36, Toruń-Leszno 49:41)

Nie obchodzi mnie to z kilku powodów. Po pierwsze jestem z Wrocławia, a regulamin jest tak skonstruowany, że przeciętne drużyny, które nie weszły do fazy półfinałowej mają przymusowe wakacje już w środku lata. Pozdrawiam kibiców z Gorzowa, bo oni najlepiej wiedzą o co chodzi. Jednym słowem bezrobocie dla żużlowców i nuda dla kibiców. Po drugie, jak zobaczyłem w telewizji tor w Lesznie podczas pierwszego spotkania Unii z Unibaxem Toruń, to wiedziałem, że prawdziwego sportu nie będzie. Wiejskie pole, na którym można jeździć tylko ciągnikiem i zbierać ziemniaki. W sumie nic nowego w Lesznie, ale nudzi mnie już oglądanie zawodów, gdzie gospodarze wypaczają wynik końcowy. Torunianie protestowali. Mieli rację, ale nastawili się do tego zbyt pewnie i zbyt bojowo. Wiedzieli przecież czego się spodziewać. Do Leszna nie jeździ się, aby wygrać, ale żeby przetrwać. Działacze „Aniołów” składali uwagi do sędziego, a w międzyczasie z ich zawodników schodziło powietrze, bo chyba uwierzyli, że wygrają ten mecz walkowerem. Nic podobnego. Sędzia zarządził równanie toru, postraszył palcem gospodarzy, a później rozpoczął zawody. Trwały one chyba cztery godziny, dwóch zawodników gości odjechało w karetce ze złamaniami do szpitala, a Leszno wysoko wygrało i miało prawie pewny awans do finału DMP. Co za emocje! Fantastyczna walka na torze na łokcie z rywalami i z samym sobą, żeby dojechać do mety. Na trybunach obrzucanie się inwektywami przez kibiców, rzucanie butelkami na tor i obrażanie żużlowców drużyny przeciwnej. Reakcja prezesa Unii Józefa Dworakowskiego była spóźniona. Pojawił się na murawie po 14. biegu i zaczął apelować do pseudokibiców, żeby zachowali spokój. Gdzie ten człowiek był wcześniej? No i mieliśmy chuligańskie i prostackie zachowanie na żywo w TVP. Świetna promocja żużla, który nigdy nie wyjdzie z niszy…

W parkingu też była walka na słowa. Menedżer Unibaxu Toruń Sławomir Kryjom życzył przed kamerą TVP Sport kontuzji i szpitala zawodnikom Unii Leszno. I kto to mówi? Człowiek, który spędził w leszczyńskim zespole 10 lat! W grodzie Kopernika jest od roku i właśnie pokazał, co sądzi o ludziach, z którymi pracował bardzo długo. Pan Kryjom jest niedojrzałym hipokrytą. Twierdzi, że uciekł z Leszna do Torunia, ponieważ nie mógł już patrzeć na preparowanie toru na Stadionie Smoczyka. Podjęcie takiej decyzji zajęło mu całą dekadę! Sławomir Kryjom złe przygotowania nawierzchni widział, dawał na nie przez lata przyzwolenie i kompletnie się nie przejmował zdrowiem i bezpieczeństwem żużlowców. Najważniejszy był pozytywny wynik końcowy dla „Byków”. Po trupach do celu. Stawka mogła być większa, niż życie. A teraz z leszczyńskiego skurczy”Byka” zmienił się w niewinnego toruńskiego „Anioła”. Prawdziwy cud!

Wynik został zatwierdzony, ale chodziły słuchy, że stadion w Lesznie straci licencję. Speedway Ekstraliga wymierzyła tylko karę finansową za złe przygotowanie toru. Skoro SE przyznaje, że nawierzchnia nie nadawała się do jazdy, to jak można było puścić ten mecz i zatwierdzić wynik? Takie rzeczy tylko w polskim żużlu. Oczywiście nikt stadionu nie zamknął. Sprawa sobie przycichnie, a żużlowcy jadą dalej.

Żenada i hipokryzja. Nie chcę na to patrzeć. Wynik finału nie ma dla mnie znaczenia.

Półfinał Stal Gorzów – Falubaz Zielona Góra

(Gorzów-Zielona Góra 27:19, Zielona Góra-Gorzów 54:36)

Myślałem, że chociaż jeden półfinał odbędzie się w zgodzie z zasadami fair play. Pomyliłem się. Zdecydowanie za dużo od czarnego sportu wymagam. W pierwszym pojedynku w Gorzowie gospodarze byli zdecydowanie lepsi. Bieg po biegu budowali przewagę nad Falubazem, bo beznadziejnie jechał nowy mistrz świata Greg Hancock i Grzegorz Zengota. Stal mogła wypracować dobry wynik przed rewanżem, ale do końca nie miała takiej okazji. Słabe „Myszy” wciąż patrzyły z nadzieją w niebo i wymodliły deszcz. Taki dar od niebios na wagę wejścia do finału DMP. Po ośmiu biegach sędzia zakończył mecz z powodu złego stanu toru po ulewie. Powtórki oczywiście nie było i wynik 27:19 został zatwierdzony, bo zezwala na to regulamin. Falubaz otrzymał najniższy wymiar kary, ponieważ uratował go głupi przepis.

Ekipa Tomasza Golloba musiała jechać na rewanż do Zielonej Góry, żeby z trudnym przeciwnikiem rozegrać nie na jego torze nie osiem, ale piętnaście biegów, bo jak na złość pogoda była dobra. Gdzie tu sprawiedliwość? Nie twierdzę, że Stal była silniejsza od Falubazu i na pewno awansowałaby do finału, bo w grodzie Bachusa pokazała tylko niemoc i brak woli walki. Ale zupełnie inaczej jechałoby się w tym meczu ekipie Czesława Czernickiego, gdyby miała większą zaliczkę punktową po rozegraniu całego meczu u siebie. Nie interesuje mnie mecz o brązowy medal między Gorzowem i Toruniem, ponieważ nie mam pewności, czy akurat te drużyny powinny o ten krążek walczyć.

To co się działo w tegorocznych półfinałach chwały żużlowi nie przynosi. Nowych kibiców też nie przybędzie, a i wielu starych żużel może przez to stracić. Wyrozumiałość telewizji tez może się w końcu skończyć skoro zawody ciągną się 4 godziny, a przed kamerami wypowiadają się ludzie, którzy mają gdzieś sport i zasady fair play.

Niestety temperatura prowadzonych rozmów wokół speedway’a (z Kryjomem na czele) wzrosła jak w nowych tłumikach żużlowych. Działacze klubowi też powinni wreszcie poczuć, że robi się gorąco. To grunt zaczyna im się palić pod nogami.

Tomasz Armuła

Kategorie:żużel,speedway

Surowa lekcja od Doktora Kliczko

Wrzesień 14, 2011 Dodaj komentarz

Wstydu nie było, ale nie było też walki stulecia, czy nawet pojedynku roku. Starcie Witalij Kliczko-Tomasz Adamek, zgodnie z przewidywaniami, okazało się jednostronnym widowiskiem, w którym pierwszoplanową rolę zagrał Ukrainiec. Bo czy ktokolwiek wierzył w zwycięstwo Polaka w federacji WBC? Może tylko jacyś niepoprawni optymiści. Niestety sama wiara to przecież w boksie za mało i dlatego „Góralowi” z Żywca nie dawali żadnych szans bukmacherzy, koledzy po fachu i najbardziej prestiżowy magazyn bokserski „The Ring”.

Niektórzy pytają po co Tomasz Adamek w ogóle zdecydował się na tą walkę skoro wynik był od początku przesądzony. Odpowiedź jest prosta: prestiż sportowy i pieniądze. Nie każdy bokser ma prawo rzucić rękawice mistrzowi. Tu trzeba udowodnić, że się na takie wyróżnienie zasługuje. Przepustką do walki o tytuł mistrzowski jest ciężka praca, żmudne wspinanie się na szczyt i zwycięstwa, czyli wysoka pozycja w rankingu federacji WBC. To wszystko ma już Adamek na zawodowym ringu i dlatego spotkał go zaszczyt. Inaczej tego nazwać nie można, bo Kliczko zgadza się oklepywać do krwi tylko najlepszych na świecie.

Góral” nie mógł wygrać tego starcia, ale był w stanie przejść do historii, jako czwarty rywal Witalija Kliczko, który wytrzymał z Ukraińcem w ringu na stojąco do ostatniego gongu. Nie udało się, ale niewiele brakowało. Polak i tak stratny nie jest. Zyskał przecież finansowo i medialnie, bo fachowcy od boksu na całym świecie komentują jego postawę dość pozytywnie. „The Ring” napisał, że Adamek pozostawił po sobie lepsze wrażenie, niż Anglik David Haye w walce z młodszym z braci Kliczków-Władimirem. Ciężko się nie zgodzić. Haye przed walką zrobił wielkie show, które niewiele miało wspólnego z boksem. Na ringu co prawda pokazał genialną szybkość, zwinność, refleks i pierwszorzędną sztukę uników, ale w ogóle nie atakował, a zatem unikał nie tylko ciosów rywala, lecz samej walki.

Tomasz Adamek nie bał się atakować i postawił wszystko na jedną kartę, ponieważ nie miał nic do stracenia. Wiedział, że to jego walka życia i chciał to wykorzystać. Ale był bezradny od pierwszej do ostatniej minuty. Takie są fakty.  To nie było starcie gigantów. Gigant w wadze ciężkiej jest tylko jeden. O samej walce nie mam zamiaru pisać, bo każdy ją widział. Wszystko zostało już o niej chyba powiedziane i napisane, więc chciałem tylko krótko skomentować wypowiedzi obu bokserów po walce.

Polak przyznał na konferencji, że rywal był po prostu lepszy. Pełen szacunek, szczerość, postawa godna sportowca. Zupełna odwrotność Haye’a. Ten po porażce z Kliczko zrzucił winę na złamany palec, który jakoś nie przeszkadzał mu chwilę wcześniej w bieganiu po ringu. Anglik ma w sobie więcej z cyrkowca i showmana niż z boksera. Zupełne przeciwieństwo „Górala”, więc byłoby ciekawie, gdyby te przeciwieństwa przyciągnęły się kiedyś na jeden ring…

Adamek przeprosił również swoich kibiców za swoją postawę, bo obiecał zwycięstwo, a skończyło się rozczarowaniem. To są niepotrzebne słowa naszego pięściarza. W końcu skrzyżował rękawice z ikoną i żywą legendą boksu zawodowego, więc wszyscy oczywiście trzymali za niego kciuki, ale w jego sukces nikt nie wierzył. I nie piszę tego złośliwie. Ja tylko stwierdzam, że waga ciężka dzieli się dziś na Kliczkę i resztę świata. I ta cała reszta nie ma szans na zdobycie mistrzowskiego pasa dopóki „Doktor Żelazna pięść” nie zawiesi rękawic na kołku. Bokserom pozostaje żyć nadzieją, że to nastąpi wkrótce, bo Ukrainiec ma już czterdzieści lat i nie będzie przecież bił wiecznie…

Sam Kliczko stwierdził po walce, że Tomasz Adamek to rewelacyjny pięściarz i mistrz świata, ale… nie w wadze ciężkiej i przejście do tej kategorii wagowej było błędem. Kompletna bzdura. Nie rozumiem tego stwierdzenia. Czy mistrz świata federacji WBC powiedział to wszystkim czterdziestu trzem zawodnikom, którzy padali pod jego ciosami na dechy, czy tylko Polakowi? Przecież połowa z nich nie wystała do drugiej rundy, więc walczyła o wiele krócej od Adamka. Niby z tego Kliczki człowiek wykształcony z doktoratem i kilkoma językami, a nie potrafi zrozumieć, że nie ma żadnego godnego rywala w swojej klasie, lecz nie może w niej występować sam. Z  powodu jego dominacji nikt nie będzie zrzucał kilogramów, żeby go ominąć i walczyć o tytuły w innej kategorii. Powody są dwa. Po pierwsze Ukraińca nie da się ominąć, obejść ani przeskoczyć, a po drugie i bardziej na serio, to każdy ma ambicje, chce się pokazać, zarobić i szuka swojej szansy w walce z lepszymi od siebie.

W każdej dyscyplinie co jakiś czas pojawia się talent, który sprawia, że cała reszta rywali schodzi daleko w cień. Niektórzy twierdzą, że to najgorszy moment dla danego sportu, bo rozgrywki stają się przewidywalne, tracą dramaturgię i sens. Ja się z tym osobiście nie zgadzam, no bo czym byłaby koszykówka bez Jordana, hokej bez Gretzky’ego, kolarstwo bez Armstronga, żużel bez Rickardssona i boks bez Kliczko?

Tylko dzięki wybitnym sportowcom możemy być świadkami tworzenia się nowej historii i żywej legendy. A dla młodszych i słabszych zawodników, którym to się nie podoba mam dobrą radę. Jeśli nie możecie pokonać starych mistrzów w sportowej walce, to nie traćcie wiary i przede wszystkim cierpliwości. A wtedy dacie się herosom zestarzeć i weźmiecie ich na przeczekanie…

PS:

Dziękuję Bogu, że twarz Adamka po walce była bardziej pokiereszowana od szyby kokpitu samolotu, którym dzień po walce wracał do USA. W przeciwnym razie mielibyśmy drugą tragedię lotniczą ze sportem w tle w ciągu tygodnia…

Tomasz Armuła

Kategorie:Sporty walki Tagi: , ,

NieSzczęsny zegarek sędziego

Wrzesień 9, 2011 1 komentarz

Jestem piłkarskim ignorantem. Powtarzam to przy każdej nadarzającej się okazji i jak usłyszałem w telewizji zapowiedź, że mecz Polska-Niemcy będzie najważniejszym spotkaniem tego roku, to prawie popłakałem się ze śmiechu. No bo o czym to świadczy skoro to mecz towarzyski…?

Ale ostatnio zaczynam się przełamywać do futbolu. Może dopadła mnie piłkarska gorączka przed Euro 2012? Może się z tego wyleczę, a może nie. Ciężko powiedzieć, ale to nie jest teraz najważniejsze. Mecz towarzyski roku obejrzałem w całości. I nie żałuję. Zobaczyć nowy stadion w Gdańsku, choćby tylko w telewizji-bezcenne. Ale usłyszeć kibiców, którzy tam przyszli-dramat.

Przed meczem kapitanowie obu zespołów przeczytali deklarację fair play. Jak tylko polscy kibice usłyszeli język niemiecki zaczęły się bezsensowne gwizdy. Nic się w naszym kraju nie zmienia na lepsze. Możemy zbudować kolejnych pięć stadionów i pękać z dumy, ale dopóki nie zmieni się nasza mentalność i nie zbudujemy pozytywnej atmosfery na trybunach piłkarskich, to nie możemy mówić, że weszliśmy do Europy. Same stadiony to za mało, bo klimat na zawodach sportowych tworzą ludzie. Na Pepsi Arenie w Gdańsku pewnie śmierdzi jeszcze farbą i obiekt z pewnością może być uznawany za jeden z najlepszych na świecie, ale co z tego skoro kibicom z butów wystaje słoma? Później nie było lepiej, bo publiczność siedziała cicho, jak w teatrze. Doping był mierny do tego stopnia, że ciężko było określić kto gra u siebie. Publika była obojętna, jakby pochodziła z neutralnego Wolnego Miasta Gdańsk…

Wojciech Szczęsny: "Nie czuję się bohaterem. Miałem szczęście, bo Niemcy strzelali tam, gdzie akurat stałem". (Fot. http://szczesny53.freeiz.com/)

I tak jeszcze przed pierwszym gwizdkiem kibice zrobili przysłowiową oborę i niestety niesmak pozostał, ale koniec o tym, ponieważ najważniejszy był przecież mecz. A ten zaczął się bardzo dobrze dla gości, bo Polacy byli chyba w szoku. Presja, niemiecki kompleks, zero zwycięstw z Niemcami w całej historii piłki kopanej. Nasi chyba naczytali się bzdur w gazetach i chyba uwierzyli, że to mecz o wszystko. Goście atakowali, ale na szczęście ekipa Franciszka Smudy otrząsnęła się z amoku i bez kompleksów zaczęła napierać na bramkę rywali. Opłaciło się. GOL. 1:0. Można wreszcie zapomnieć o Zbigniewie Bońku i jego ostatniej bramce w meczu z Niemcami ponad trzydzieści lat temu! Polska ma nowego bohatera, który postawił się  Niemcom! Ale wbrew pozorom nie jest nim strzelec tego gola, ale Wojciech Szczęsny. O tym, że Lewandowski dał prowadzenie Polsce w tym spotkaniu kibice szybko zapomną, lecz tego, co wyprawiał w bramce Szczęsny zapomnieć się nie da. Ten gość rozegrał mecz życia.

To oczywiście Niemcy byli lepsi w tym spotkaniu i z czasem zupełnie zaczęli przejmować inicjatywę. Bombardowali strzałami bramkę naszego golkipera, jak kiedyś Londyn – konsekwentnie i celnie. Ciężko, żeby było inaczej skoro nasz team narodowy ma dziurawą obronę. Goście mijali naszych stoperów, jak tyczki i wyszarpali w końcu rzut karny, który zamienili na bramkę. Ale nie było w tym żadnej winy polskiego bramkarza. Ten był po prostu bezbłędny. Tylko dzięki jego grze reprezentacja Polski nie przegrała tego meczu kilkoma bramkami. Ten facet jest moim nowym idolem. Jeśli kiedykolwiek go spotkam i przebiję „piątkę”, to przez tydzień będę biegał z ręką wyciągniętą nad głową. Wiem, że to mało oryginalne. W końcu, jak widać poniżej, nie ja pierwszy i pewnie nie ostatni.

Mecz był dobry i trzymał w napięciu do ostatniej minuty. I to dosłownie. W 90. minucie Błaszczykowski trafia z karnego i już nikt nie ma wątpliwości, że ten mecz przejdzie do historii, bo pierwszy raz pokonamy zachodnich sąsiadów!

W. Szczęsny w barwach Arsenalu. (Fot. http://szczesny53.freeiz.com/)

Sędzia doliczył trzy minuty. Sporo, ale wszyscy są spokojni, bo tego pojedynku przegrać się nie da. Trener Franciszek Smuda panuje nad sytuacją. Zmiana taktyczna. Schodzi kapitan Błaszczykowski. A to musi przecież potrwać. Zdjęcie opaski kapitana i przekazanie jej innemu graczowi, brawa, podziękowanie kibicom, niezbyt szybki trucht w stronę ławki rezerwowych. Typowa i dozwolona gra na czas. Ale czas każdemu inaczej płynie. I w tym międzyczasie właśnie Smuda zapytał sędziego technicznego ile zostało do końca meczu. Dowiedział się, że siedemnaście sekund. Niemcy nie odpuścili. Przejęli piłkę, ruszyli na naszą połowę (minęło siedemnaście sekund), zbliżyli się do pola karnego (minęło chyba trzydzieści sekund), zaczęli kiwać naszego obrońcę do tego stopnia, że ten zamiast przycisnąć rywala, to zaczął mu ustępować miejsca i zahipnotyzowany zwodami Niemca położył się na murawie… A potem już tylko podanie, strzał, gol i gwizdek kończący mecz. Sędzia miał chyba popsuty zegarek, bo doliczył dodatkową minutę do doliczonego już czasu gry. Można się wkurzyć. Nawet, jak się jest piłkarskim ignorantem!

Ale emocje opadły i jak myślę o tym spotkaniu na spokojnie, to dochodzę do wniosku, że sędzia zrobił nam dobrze. Gdybyśmy na niespełna rok przed Euro 2012 pokonali faworytów do mistrzowskiego tytułu, to co niektórzy mogliby uwierzyć, że już jesteśmy w europejskiej czołówce piłki kopanej. A powodów do wielkiego optymizmu przed mistrzostwami nie ma. Jesteśmy wciąż słabi i Niemcy to udowodnili. Zafundowali nam piłkarski blietzkrieg przebijając się za każdym razem przez naszą obronę w kilka sekund.

Ten mecz, to taki kubeł zimnej wody. Jest o czym myśleć i mamy dziesięć miesięcy, żeby jeszcze coś w naszej grze poprawić. Na szczęście mamy Szczęsnego, ale nieszczęsny zegarek tyka i szybko odlicza czas do Euro 2012.

Zdążymy…?

Tomek_A®muła

Kategorie:piłka (s)kopana

W obronie czarnego sportu

Sierpień 31, 2011 Dodaj komentarz

Wpadł mi przed tygodniem w ręce poważny polski tygodnik. Żaden tam sportowy czy typowo żużlowy. Taki duży, kolorowy i społeczno-polityczny o nakładzie ponad 200.000 sztuk. Przypadkiem natknąłem się w nim na krótki tekst „Szarża na motorach” na temat czarnego sportu na dechach bydgoskiego teatru.

Recenzja przedstawienia teatralnego „Szwoleżerowie” zaczyna się tak:

„Żużel to sport straceńców- większość karier kończy się na wózku inwalidzkim albo w trumnie, część zawodników nie wytrzymuje presji i popełnia samobójstwo. To jednocześnie sport, w którym Polacy są w ścisłej światowej czołówce.”

Jestem w szoku. Dawno takich bzdur nie czytałem. Ktoś tu nie ma zielonego pojęcia o żużlu i uprawia czarny PR przeciwko tej dyscyplinie. Większość jeździ na wózku? To znaczy ilu? Proszę listę nazwisk. Policzymy i zobaczymy, czy większość żużlowców jeździ na czterech, czy jednak na dwóch kółkach. Większość ginie na torze? Absurd. Kłamstwo. To nie są piloci kamikadze. Ile było wypadków śmiertelnych w tym roku na klasycznym żużlu? Zero.* A rok temu? ZERO! Ostatnie tragiczne wypadki miały miejsce w 2007 roku. Zginęli wtedy Kenny Olsson i Michal Matula. Ostatnim Polakiem, który stracił życie na owalu był Wojciech Kiełbasa (2001 rok). W sumie zginęło naszych czterdziestu jeden (tak podaje dość solidne internetowe źródło) w całej historii polskiego żużla, która zaczęła się w 1932 roku. To nie są świry-samobójcy. Bardzo często są to ofiary pecha albo bezmyślności innych osób. Przykład? Śmierć Zbigniewa Raniszewskiego, który zabił się przed laty o betonowe schody!

Życie i śmierć owalem kreślone? Raczej zwykły pech. Zdarza się wszędzie.

Na kolarskim Giro d’Italia zginął w tym roku Wouter Weylandt. Przed rokiem na jednym z wyścigów umarł Thomas Casarotto, w 2008 Bruno Neves i tak można wymieniać średnio co dwa lata. Dlatego pytam: czym żużel różni się od innych sportów, gdzie ważną rolę odgrywa prędkość? Niczym. Mało tego – jest bezpieczniejszy od chociażby wspomnianego kolarstwa, bo zawodnicy osiągają w obu dyscyplinach podobne prędkości, ale żużlowców chronią kaski, kevlary, ochraniacze. A Kolarze ścigają się w samych gaciach i z kaskiem na głowie, który obowiązkowy jest dopiero od kilku lat! Speedway to nie jest Powstanie Warszawskie. To nie jest plaża Omaha w Normandii. Tu trup nie ściele się gęsto. Nie róbmy w prasie z widowiska sportowego teatrzyku dramatycznego!

„Część nie wytrzymuje i popełnia samobójstwo.” Jaka część? To brzmi, jakby codziennie ktoś się wieszał po zrobieniu słabego wyniku na torze. Zgadzam się, że mieliśmy w Polsce czarną serię. Robert Dados, Rafał Kurmański, Łukasz Romanek…  Za szybko odeszli i pozostawili wiele pytań. Co ich do tego skłoniło? Presja kibiców i prezesów? Problemy osobiste? Pewnie jedno i drugie, a i trzeci powód by się znalazł.

A dlaczego specjalnie przedawkował narkotyki kolarz Marco Pantani? Dlaczego chciał się zabić bokser Krzysztof „Diablo” Włodarczyk? Pewnie każdy kto to czyta byłby w stanie dorzucić swoje przykłady. Nie róbmy z samobójstwa znaku rozpoznawczego żużlowców. To się zdarza wszędzie.

Aha, z jednym się tylko zgadzam z kawałka cytowanego tekstu. Otóż jesteśmy w tym sporcie najlepsi na świecie…

Czytam dalej, że:

„Jan Klata wykorzystał żużel do kolejnego odcinka swojej opowieści o polskości, o naszej rdzennej potrzebie produkowania i czczenia bohaterów szaleńców, ofiar rzucających się na szaniec, kochanków śmierci oraz o niekończącej się polskiej szarży. Żużlowcy, wbrew zdrowemu rozsądkowi i za wszelką cenę, wpisują się w długi ciąg polskich bohaterów samobójców, tworzonych przez żądne heroicznej ofiary społeczeństwo ( w tym wypadku: władze klubu, żony i narzeczone oraz kibiców), czczonych minutą ciszy podczas narodowych festynów i stawianych za przykład kolejnym pokoleniom.”

Czy ja już coś wspominałem o powstaniu i otwarciu frontu zachodniego podczas wojny? Ja tego tekstu nie rozumiem. Ktoś tu ma jakieś chore zapędy romantyczne i żyje w innej rzeczywistości.

I już końcówka na szczęście:

„Opowieść o współczesnych szwoleżerach rozgrywa się, jak to w Polsce, na tle grobu-pomnika: obok żużlowego kopca leży figura zawodnika w kombinezonie i kasku, nad nią podwieszone są dwa motocykle i przelatujący nad nimi zawodnicy uchwyceni jednocześnie w chwili triumfu i śmierci. Zestresowani bohaterowie, poddawani nieustającej presji i zmuszani do najbardziej ryzykownych zachowań na torze: Mistrz, Złamany, i Nowy są od początku trupami – takie jest ich przeznaczenie, polska karma. Siłę bydgoskiego spektaklu osłabia tekst-zbudowany z gierek słownych i cytatów, nieprzekonujący.”

Spektaklu nie widziałem i oglądać nie będę. Ale skoro krytyk sztuki i niby znawca czarnego sportu ocenił tak sam speedway i żużlowe przedstawienie, to ja wyrażę własną opinię na temat cytowanej recenzji używając słów, które w niej padły: tekst „Szarża na motorach” osłabia, bo zbudowany jest z fałszywych gierek słownych. Na szczęście nawet dla przeciętnego kibica sportowego jest na pewno nieprzekonujący.

* Oba teksty powstały przed tragicznym wypadkiem w Gnieźnie, gdzie zginął młody człowiek, który nie miał jeszcze nawet licencji żużlowej. Ale to mojej opinii o tym sporcie nie zmienia i nie zmienię z tego powodu ani jednego słowa w tym tekście. Żadnej rewolucji we mnie nie będzie. Speedway, jak prawie każdy sport zawodowy, jest niebezpieczny, ale to ryzyko, prędkość i adrenalina uzależnia. Jeśli prawdziwy sportowiec tego raz doświadczy, to ciężko go zmusić, żeby przestawił się na szachy albo brydża sportowego.

Tomasz Armuła


Kategorie:żużel,speedway

Uparty jak osioł, wściekły jak osa, czyli…

Sierpień 28, 2011 Dodaj komentarz

Głównie o sobie z przymrużeniem oka

Chciałem przedwczoraj wsiąść na rower i zrobić rundę po szosie w ramach przygotowań do Tour de Pologne dla amatorów, ale zmogło mnie strasznie i przykuty do łóżka oglądałem jednym okiem senny etap Vuelta a Espana. I to dosłownie jednym.

Od kilku miesięcy trzymam się planu i wyrabiam na rowerze 200 kilometrów w miesiącu. Wynik może nie powala na kolana, ale powinien wystarczyć, żeby dokładnie za rok przejechać trasę TdP dla amatorów. W sumie nie wiadomo jeszcze co wymyśli Czesław Lang, ale po tak trudnym tegorocznym etapie trzeba się spodziewać najgorszego.

Szczytny cel, bo wyścig wpierał fundację Ewy Błaszczyk „A kogo?”, na starcie gwiazdy sportu, telewizji i przede wszystkim ośmiuset amatorów, którzy postawili sobie za cel dojechać do mety. Podobno łatwo nie było, bo Lang amatorów nie oszczędzał i zafundował im ścianę płaczu, czyli podjazd pod Gliczarów, na który wspinali się zawodowcy w TdP. Fajnie to widać na jutjubie, a przede wszystkim w dokumencie zrealizowanym przez TVP Sport, który pewnie jeszcze będzie powtarzany w tej stacji.

Ale to już historia i to bez mojego udziału, więc wracam do przygotowań do TdPA 2012. Wyrabiam te swoje nieszczęsne kilometry na rowerze szosowym zawsze w okularach i w kasku. Dla bezpieczeństwa. I wszystko na nic. Na ostatnim treningu dostałem osą między oczy. Jak mogła mnie trafić w centymetrową szparę między kaskiem i okularami? Nie wiem, ale myślę, że łatwiej trafić szóstkę w totka, więc od dzisiaj gram. Dojechałem jakoś do domu i to na szczęście nie na ślepo, ale po kilku godzinach nie byłem w stanie otworzyć oka. No i wstyd się przyznać, ale skończyło się wzięciem dopingu w szpitalu, czyli sterydy w tyłek i coś tam jeszcze w żyłę plus tabletki. No i chyba wkrótce alergolog podejmie decyzję, czy oprócz pompki i zapasowej dętki, będę musiał wozić pod siodłem strzykawki do walki z owadzim jadem. Taki doping na legalu. Mówię wam, kolarstwo jest bardziej niebezpieczne od żużla! (Ale o tym jeszcze kilka słów za parę dni).

Adamek Vs Kliczko -10.09.2011 Wrocław

No i tak leżę w tym łóżku lekko śnięty przez tabletki i nudny płaski etap hiszpańskiej Vuelty, aż mi się oczy zamykają. To znaczy jedno mi się zamyka, bo drugie jest zamknięte non stop, ponieważ wyglądam tak, jakbym chciał, żeby wyglądał Kliczko za dwa tygodnie po walce z Adamkiem. Pomarzyć zawsze można, ale z tych fantazji wybudził mnie sprint z udziałem Kittela, Sagana i Freire. Do walki z najlepszymi włączył się Michał Gołaś, ale Tyler Farrar zahaczył go kołem i posłał na asfalt przed samą kreską. Polak poharatał nieco głowę i kilka minut dochodził do siebie. Próbował nawet na szybko zatamować krwawienie z nosa. No i znów polała się polska krew, choć tym razem nie w Poznaniu…*

Jak patrzyłem na ambitnego Gołasia wsiadającego ponownie na rower, żeby po karambolu minąć metę, to pomyślałem sobie, że ja przez swoją kolarską „kontuzję” jestem za bardzo wściekły jak osa, a za mało uparty jak osioł. Dlatego wstaję z łóżka i jadę dziś dalej, żeby za rok nie było wstydu. Taki jest plan. W końcu to mój czas walki. I czas honoru…:)

 

—-

A póki co, to o Vuelcie mogę powiedzieć jedynie z dużym przymrużeniem oka:

Duży tam spokój

Nic się nie dzieje

Nikt się nie bawi

Nikt się nie ściga

Wszyscy się nudzą…

Jednak to się jeszcze rozkręci. Będzie walka, a faworytów do końcowego zwycięstwa wielu.

Ale ostatecznie to Joaquim Rodriguez z rosyjskiej Katiuszy prawdopodobnie złapie w Madrycie byka za rogi. Musi tylko wreszcie być w indywidualnej wojnie na czas  szybki i skuteczny, jak Organy Stalina.

Ale to tylko tak na moje oko oczywiście…

Tomasz „Osa” Armuła

 

*

Bohdan Tomaszewski (Fot. http://www.logan-tomaszewski.pl/)

Mój Ojciec ze stadionu X-Lecia w 1962 podczas Wyścigu Pokoju. Najsłynniejsze sprawozdanie miało miejsce w Poznaniu, gdy w tunelu pojawił się radziecki kolarz z podniesioną ręką, w której trzymał pompkę, a tuż za nim Polak z zakrwawioną głową. Mój Ojciec krzyknął: “Znów polała się polska krew w Poznaniu!”.

(http://www.logan-tomaszewski.pl/)

Kategorie:Kolarstwo