Archiwum

Archive for the ‘piłka (s)kopana’ Category

NieSzczęsny zegarek sędziego

Wrzesień 9, 2011 1 komentarz

Jestem piłkarskim ignorantem. Powtarzam to przy każdej nadarzającej się okazji i jak usłyszałem w telewizji zapowiedź, że mecz Polska-Niemcy będzie najważniejszym spotkaniem tego roku, to prawie popłakałem się ze śmiechu. No bo o czym to świadczy skoro to mecz towarzyski…?

Ale ostatnio zaczynam się przełamywać do futbolu. Może dopadła mnie piłkarska gorączka przed Euro 2012? Może się z tego wyleczę, a może nie. Ciężko powiedzieć, ale to nie jest teraz najważniejsze. Mecz towarzyski roku obejrzałem w całości. I nie żałuję. Zobaczyć nowy stadion w Gdańsku, choćby tylko w telewizji-bezcenne. Ale usłyszeć kibiców, którzy tam przyszli-dramat.

Przed meczem kapitanowie obu zespołów przeczytali deklarację fair play. Jak tylko polscy kibice usłyszeli język niemiecki zaczęły się bezsensowne gwizdy. Nic się w naszym kraju nie zmienia na lepsze. Możemy zbudować kolejnych pięć stadionów i pękać z dumy, ale dopóki nie zmieni się nasza mentalność i nie zbudujemy pozytywnej atmosfery na trybunach piłkarskich, to nie możemy mówić, że weszliśmy do Europy. Same stadiony to za mało, bo klimat na zawodach sportowych tworzą ludzie. Na Pepsi Arenie w Gdańsku pewnie śmierdzi jeszcze farbą i obiekt z pewnością może być uznawany za jeden z najlepszych na świecie, ale co z tego skoro kibicom z butów wystaje słoma? Później nie było lepiej, bo publiczność siedziała cicho, jak w teatrze. Doping był mierny do tego stopnia, że ciężko było określić kto gra u siebie. Publika była obojętna, jakby pochodziła z neutralnego Wolnego Miasta Gdańsk…

Wojciech Szczęsny: "Nie czuję się bohaterem. Miałem szczęście, bo Niemcy strzelali tam, gdzie akurat stałem". (Fot. http://szczesny53.freeiz.com/)

I tak jeszcze przed pierwszym gwizdkiem kibice zrobili przysłowiową oborę i niestety niesmak pozostał, ale koniec o tym, ponieważ najważniejszy był przecież mecz. A ten zaczął się bardzo dobrze dla gości, bo Polacy byli chyba w szoku. Presja, niemiecki kompleks, zero zwycięstw z Niemcami w całej historii piłki kopanej. Nasi chyba naczytali się bzdur w gazetach i chyba uwierzyli, że to mecz o wszystko. Goście atakowali, ale na szczęście ekipa Franciszka Smudy otrząsnęła się z amoku i bez kompleksów zaczęła napierać na bramkę rywali. Opłaciło się. GOL. 1:0. Można wreszcie zapomnieć o Zbigniewie Bońku i jego ostatniej bramce w meczu z Niemcami ponad trzydzieści lat temu! Polska ma nowego bohatera, który postawił się  Niemcom! Ale wbrew pozorom nie jest nim strzelec tego gola, ale Wojciech Szczęsny. O tym, że Lewandowski dał prowadzenie Polsce w tym spotkaniu kibice szybko zapomną, lecz tego, co wyprawiał w bramce Szczęsny zapomnieć się nie da. Ten gość rozegrał mecz życia.

To oczywiście Niemcy byli lepsi w tym spotkaniu i z czasem zupełnie zaczęli przejmować inicjatywę. Bombardowali strzałami bramkę naszego golkipera, jak kiedyś Londyn – konsekwentnie i celnie. Ciężko, żeby było inaczej skoro nasz team narodowy ma dziurawą obronę. Goście mijali naszych stoperów, jak tyczki i wyszarpali w końcu rzut karny, który zamienili na bramkę. Ale nie było w tym żadnej winy polskiego bramkarza. Ten był po prostu bezbłędny. Tylko dzięki jego grze reprezentacja Polski nie przegrała tego meczu kilkoma bramkami. Ten facet jest moim nowym idolem. Jeśli kiedykolwiek go spotkam i przebiję „piątkę”, to przez tydzień będę biegał z ręką wyciągniętą nad głową. Wiem, że to mało oryginalne. W końcu, jak widać poniżej, nie ja pierwszy i pewnie nie ostatni.

Mecz był dobry i trzymał w napięciu do ostatniej minuty. I to dosłownie. W 90. minucie Błaszczykowski trafia z karnego i już nikt nie ma wątpliwości, że ten mecz przejdzie do historii, bo pierwszy raz pokonamy zachodnich sąsiadów!

W. Szczęsny w barwach Arsenalu. (Fot. http://szczesny53.freeiz.com/)

Sędzia doliczył trzy minuty. Sporo, ale wszyscy są spokojni, bo tego pojedynku przegrać się nie da. Trener Franciszek Smuda panuje nad sytuacją. Zmiana taktyczna. Schodzi kapitan Błaszczykowski. A to musi przecież potrwać. Zdjęcie opaski kapitana i przekazanie jej innemu graczowi, brawa, podziękowanie kibicom, niezbyt szybki trucht w stronę ławki rezerwowych. Typowa i dozwolona gra na czas. Ale czas każdemu inaczej płynie. I w tym międzyczasie właśnie Smuda zapytał sędziego technicznego ile zostało do końca meczu. Dowiedział się, że siedemnaście sekund. Niemcy nie odpuścili. Przejęli piłkę, ruszyli na naszą połowę (minęło siedemnaście sekund), zbliżyli się do pola karnego (minęło chyba trzydzieści sekund), zaczęli kiwać naszego obrońcę do tego stopnia, że ten zamiast przycisnąć rywala, to zaczął mu ustępować miejsca i zahipnotyzowany zwodami Niemca położył się na murawie… A potem już tylko podanie, strzał, gol i gwizdek kończący mecz. Sędzia miał chyba popsuty zegarek, bo doliczył dodatkową minutę do doliczonego już czasu gry. Można się wkurzyć. Nawet, jak się jest piłkarskim ignorantem!

Ale emocje opadły i jak myślę o tym spotkaniu na spokojnie, to dochodzę do wniosku, że sędzia zrobił nam dobrze. Gdybyśmy na niespełna rok przed Euro 2012 pokonali faworytów do mistrzowskiego tytułu, to co niektórzy mogliby uwierzyć, że już jesteśmy w europejskiej czołówce piłki kopanej. A powodów do wielkiego optymizmu przed mistrzostwami nie ma. Jesteśmy wciąż słabi i Niemcy to udowodnili. Zafundowali nam piłkarski blietzkrieg przebijając się za każdym razem przez naszą obronę w kilka sekund.

Ten mecz, to taki kubeł zimnej wody. Jest o czym myśleć i mamy dziesięć miesięcy, żeby jeszcze coś w naszej grze poprawić. Na szczęście mamy Szczęsnego, ale nieszczęsny zegarek tyka i szybko odlicza czas do Euro 2012.

Zdążymy…?

Tomek_A®muła

Kategorie:piłka (s)kopana

Zielona Mila Śląska Wrocław

Sierpień 19, 2011 Dodaj komentarz

Jestem piłkarskim ignorantem. Nie czuję żadnych emocji, kiedy widzę kopaczy w TV, ale postanowiłem się przemęczyć i mecz Śląska z Rapidem Bukareszt obejrzałem. W CAŁOŚCI. Co prawda robiłem to bez większego skupienia, ale po bramce Sebastiana Mili na początku meczu to się zmieniło, bo uwierzyłem w siłę Śląska i czułem, że jestem świadkiem ważnego wydarzenia w historii wrocławskiego klubu.

A, że moje stare, małe telewizyjne pudło zaczęło śnieżyć, to pobiegłem do sąsiada, żeby zobaczyć triumf Śląska w jakości HD. Sąsiad jest jeszcze większym ignorantem ode mnie, bo meczu w ogóle nie oglądał. Jednak dał się przekonać i przełączył na piłkę kopaną. Ledwo to zrobił – padła bramka dla gości i było już 1:1. Właściwie to szkoda, że Sebastian Mila tak szybko dał prowadzenie wicemistrzom Polski, bo jego bramka sprawiła, że z naszych zeszło powietrze, a kopa na rozpęd dostał Rapid! Rumuni zaczęli grać z takim zaangażowaniem, że kompletnie zepchnęli Śląsk do defensywy i bardzo szybko wrocławianie przestali być widoczni na boisku. I nie przyjmuję tłumaczenia, że to złudzenie optyczne, bo nasi biegali po zielonej murawie i grali w zielonych strojach.

Sebastian Mila. Wczoraj dał kibicom trochę radości i nadziei. (Fot. SebastianMila.pl)

Rapid ich niszczył. Był lepszy i zasłużenie wygrał 3:1. To właściwie koniec przygody wrocławskiego klubu w eliminacjach Ligi Europejskiej. Podopieczni trenera Oresta Lenczyka pojadą do Rumunii na rewanż, jak na skazanie i bez nadziei na odroczenie wyroku, więc droga z szatni na boisko może się naszym  bardzo dłużyć. Taka Zielona Mila, jak w książce Stephena Kinga. Ale bez obaw. Horroru nie ma. We Wrocławiu nikt na piłkarzy żadnego wyroku nie podpisuje. Kibice są z drużyną i pokazali to wczoraj na trybunach. Bo jak tu mieć pretensje po słabym meczu do drużyny, która zaczyna notować pierwsze sukcesy po ponad dwudziestu latach przerwy i wyciąga Wrocław z piłkarskiego dna i marazmu…?

Tomasz_A®muła

Kategorie:piłka (s)kopana

Wrocławska piłka (s)kopana

Jak miałem 9 lat, to mój tato postanowił pokazać mi sport we wrocławskim wydaniu. Miał do wyboru: skrzywić mi psychikę pokazując walki w klatce i zawody w rzucie płytą chodnikową na stadionie Śląska Wrocław przy Oporowskiej, albo zabrać mnie na Stadion Olimpijski, żebym nawdychał się metanolu i zobaczył czym jest jazda w lewo na najwyższym poziomie. Wybór był łatwy. No i jestem w miarę normalny, a na meczu piłkarskim nigdy w życiu nie byłem. I nie żałuję. Piłki na trawie nie trawię. Nie kręci mnie poziom sportowy i atmosfera wokół tego sportu w naszym kraju.

Przez wiele lat Śląsk Wrocław turlał piłkę w II, a nawet III lidze. Oglądanie czegoś takiego na żywo za pieniądze, to zadanie dla prawdziwych fanatyków. Ja się z tego wypisałem, ale na jakiś czas, bo później miałem chwilę zwątpienia i prawie się przełamałem, żeby na żywo jednak kopaczy zobaczyć. Bo mówili, że się na trybunach zmieniło. Bo niby promocja dla rodzin i wielka rewolucja. Że bezpiecznie i inaczej niż kiedyś. No i dobrze, że nie poszedłem, bo zaraz potem blisko stadionu przy ulicy Grabiszyńskiej po meczu Śląska z Arką Gdynia zaczęły latać noże kuchenne i inne scyzoryki. Jeden kibic stracił życie, wielu było rannych. Policja zatrzymała chyba ze 100 osób. Niedzielna rzeźnia w biały dzień na oczach niewinnych mieszkańców. Na tej głównej ulicy Wrocławia bezpieczniej było w stanie wojennym. Wtedy co prawda latał tam gaz łzawiący i biegało ZOMO, ale ryzyko utraty życia było zdecydowanie mniejsze.

Ale to było dawno. Teraz walczymy w ekstraklasie, gramy w pucharach i mamy trenera cudotwórcę. Po iluś tam latach Śląsk sięgnął po tytuł wicemistrza Polski, a już za chwilę piłkarze z Wrocławia zajmą murawę nowego stadionu szykowanego na Euro 2012. Ten stadion, to najlepsza reklama piłkarskiego Śląska i wizytówka miasta. Jeszcze nie jest do końca gotowy, a już kusi fanów motoryzacji, boksu i muzyki POP. Nie za dużo szczęścia na jeden raz? To zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

"Oto tu jest największe Colosseum świata" (www.stadionwroclaw.pl)

Wybiorę się na mecz kopaczy tylko ze względu na ten obiekt. Samo widowisko nie będzie miało dla mnie większego znaczenia, bo jestem w stanie oglądać polski futbol w skupieniu maksymalnie przez 45 minut.

Ale nie jestem zupełnym ignorantem. Cieszę się, że wreszcie ponad półmilionowe miasto ma stadion i drużynę piłkarską na dobrym (jak na polskie warunki…) poziomie. No i rośnie prawdziwa konkurencja dla żużla i wkrótce koszykówki.

Zastanawia mnie tylko, czy ten obiekt nie zostanie szybko zniszczony. Nie mam przekonania, czy dorośliśmy do korzystania z takiego stadionu. Jako społeczeństwo jesteśmy mentalnie nieco upośledzeni. Jak kibole Śląska gościnnie przyszli na mecz na Stadion Olimpijski, to zdewastowali drewniane ławki i do dziś brakuje w nich desek. Jak mi dupa wpada między dechy na zawodach żużlowych, to zawsze myślę o chuliganach Śląska. Nic nie poradzę, że do piłki skopanej jestem uprzedzony. Przecież tłumaczę dlaczego tak jest. Mam prawo.

A co będzie jeśli arena futbolowa przetrwa, lecz boomu na kopaną nie będzie i Śląskowi kiedyś powinie się w lidze noga? Uratują to „największe Colosseum świata” pokazy monster tracków, walki bokserskie i koncerty muzyczne?  Chyba muszą. Z samej piłki się nie wyżyje. Wszystko jest pewnie kwestią pomysłu, organizacji i ceny. Nie samą piłą nożną człowiek żyje.

Może za bardzo wybiegam w przyszłość i widzę wszystko w ciemnych barwach, ale ja w kibiców we Wrocławiu i organizatorów imprez masowych po prostu nie wierzę.

Ale co tam. Trzeba się cieszyć chwilą. Mamy swoje pięć minut podczas Euro 2012, a co będzie później, to się zobaczy.

Gdyby były redaktor naczelny Przeglądu Sportowego Kazimierz Wierzyński dożył tych Mistrzostw Europy, to swój „Match footballowy” nieco by przerobił:

Piłka skacze kozłami od miasta do miasta,
Z jednej strony Polska, z drugiej Ukraina,
Już steruje ku siatce, już spod stóp wyrasta,
Trybuny tracą oddech, cały stadion kona.

Oby za rok wszystko się udało.

Chleba i igrzysk. Bawmy się.

Tomek_A®muła

Kategorie:piłka (s)kopana