Archiwum

Archive for the ‘Kolarstwo’ Category

Uparty jak osioł, wściekły jak osa, czyli…

Sierpień 28, 2011 Dodaj komentarz

Głównie o sobie z przymrużeniem oka

Chciałem przedwczoraj wsiąść na rower i zrobić rundę po szosie w ramach przygotowań do Tour de Pologne dla amatorów, ale zmogło mnie strasznie i przykuty do łóżka oglądałem jednym okiem senny etap Vuelta a Espana. I to dosłownie jednym.

Od kilku miesięcy trzymam się planu i wyrabiam na rowerze 200 kilometrów w miesiącu. Wynik może nie powala na kolana, ale powinien wystarczyć, żeby dokładnie za rok przejechać trasę TdP dla amatorów. W sumie nie wiadomo jeszcze co wymyśli Czesław Lang, ale po tak trudnym tegorocznym etapie trzeba się spodziewać najgorszego.

Szczytny cel, bo wyścig wpierał fundację Ewy Błaszczyk „A kogo?”, na starcie gwiazdy sportu, telewizji i przede wszystkim ośmiuset amatorów, którzy postawili sobie za cel dojechać do mety. Podobno łatwo nie było, bo Lang amatorów nie oszczędzał i zafundował im ścianę płaczu, czyli podjazd pod Gliczarów, na który wspinali się zawodowcy w TdP. Fajnie to widać na jutjubie, a przede wszystkim w dokumencie zrealizowanym przez TVP Sport, który pewnie jeszcze będzie powtarzany w tej stacji.

Ale to już historia i to bez mojego udziału, więc wracam do przygotowań do TdPA 2012. Wyrabiam te swoje nieszczęsne kilometry na rowerze szosowym zawsze w okularach i w kasku. Dla bezpieczeństwa. I wszystko na nic. Na ostatnim treningu dostałem osą między oczy. Jak mogła mnie trafić w centymetrową szparę między kaskiem i okularami? Nie wiem, ale myślę, że łatwiej trafić szóstkę w totka, więc od dzisiaj gram. Dojechałem jakoś do domu i to na szczęście nie na ślepo, ale po kilku godzinach nie byłem w stanie otworzyć oka. No i wstyd się przyznać, ale skończyło się wzięciem dopingu w szpitalu, czyli sterydy w tyłek i coś tam jeszcze w żyłę plus tabletki. No i chyba wkrótce alergolog podejmie decyzję, czy oprócz pompki i zapasowej dętki, będę musiał wozić pod siodłem strzykawki do walki z owadzim jadem. Taki doping na legalu. Mówię wam, kolarstwo jest bardziej niebezpieczne od żużla! (Ale o tym jeszcze kilka słów za parę dni).

Adamek Vs Kliczko -10.09.2011 Wrocław

No i tak leżę w tym łóżku lekko śnięty przez tabletki i nudny płaski etap hiszpańskiej Vuelty, aż mi się oczy zamykają. To znaczy jedno mi się zamyka, bo drugie jest zamknięte non stop, ponieważ wyglądam tak, jakbym chciał, żeby wyglądał Kliczko za dwa tygodnie po walce z Adamkiem. Pomarzyć zawsze można, ale z tych fantazji wybudził mnie sprint z udziałem Kittela, Sagana i Freire. Do walki z najlepszymi włączył się Michał Gołaś, ale Tyler Farrar zahaczył go kołem i posłał na asfalt przed samą kreską. Polak poharatał nieco głowę i kilka minut dochodził do siebie. Próbował nawet na szybko zatamować krwawienie z nosa. No i znów polała się polska krew, choć tym razem nie w Poznaniu…*

Jak patrzyłem na ambitnego Gołasia wsiadającego ponownie na rower, żeby po karambolu minąć metę, to pomyślałem sobie, że ja przez swoją kolarską „kontuzję” jestem za bardzo wściekły jak osa, a za mało uparty jak osioł. Dlatego wstaję z łóżka i jadę dziś dalej, żeby za rok nie było wstydu. Taki jest plan. W końcu to mój czas walki. I czas honoru…:)

 

—-

A póki co, to o Vuelcie mogę powiedzieć jedynie z dużym przymrużeniem oka:

Duży tam spokój

Nic się nie dzieje

Nikt się nie bawi

Nikt się nie ściga

Wszyscy się nudzą…

Jednak to się jeszcze rozkręci. Będzie walka, a faworytów do końcowego zwycięstwa wielu.

Ale ostatecznie to Joaquim Rodriguez z rosyjskiej Katiuszy prawdopodobnie złapie w Madrycie byka za rogi. Musi tylko wreszcie być w indywidualnej wojnie na czas  szybki i skuteczny, jak Organy Stalina.

Ale to tylko tak na moje oko oczywiście…

Tomasz „Osa” Armuła

 

*

Bohdan Tomaszewski (Fot. http://www.logan-tomaszewski.pl/)

Mój Ojciec ze stadionu X-Lecia w 1962 podczas Wyścigu Pokoju. Najsłynniejsze sprawozdanie miało miejsce w Poznaniu, gdy w tunelu pojawił się radziecki kolarz z podniesioną ręką, w której trzymał pompkę, a tuż za nim Polak z zakrwawioną głową. Mój Ojciec krzyknął: “Znów polała się polska krew w Poznaniu!”.

(http://www.logan-tomaszewski.pl/)

Kategorie:Kolarstwo

Powiało nudą, zawiało halnym

Sierpień 12, 2011 Dodaj komentarz

Tuż przed rozpoczęciem Tour de Pologne miałem prosty plan – po każdym etapie zamierzałem napisać kilka słów o tym, co mnie zaskoczyło na plus, podnosiło ciśnienie i wzbudzało we mnie pozytywne sportowe emocje. I napisałem. To znaczy, jak widać poniżej we wcześniejszym wpisie, nic nie napisałem, ale w tym wypadku czysta kartka papieru biała strona jest przecież najlepszym komentarzem 68. TdP.

Może trochę przesadzam i wyścig ten zupełnie beznadziejny nie jest, ale było na tyle nudno, że zamiast pisać  codziennie na siłę po maksymalnie jednym pozytywnym zdaniu o etapie, to wolę podsumować całość i zebrać te plusy do kupy. A raczej do małej kupki…

Jakie dostrzegam pozytywy z etapów płaskich? Przede wszystkim Polacy uciekali i mieli ustaloną taktykę. I chwała im za to. Dzięki ambitnej jeździe przede wszystkim Adriana Kurka i zdobywaniu cennych sekund na premiach lotnych była szansa na zdobycie koszulki lidera. Warunek był jeden-sprinterzy musieli pokonać Niemca Marcela Kittela na kresce. Ale to niestety okazało się zadaniem niewykonalnym na tegorocznym TdP. Trudno, ale uciekać i tak było warto. „A po co się męczyć skoro i tak ich zawsze peleton dochodził przed metą?”- pytali mnie znajomi, którzy tej dyscypliny sportowej nie traktują do końca poważnie. Odpowiedź jest prosta: po to, aby walczyć o pozostałe koszulki, punkty. Po to, żeby się pokazać. A że w tym szaleństwie jest metoda udowodnił w 2008 roku Marcin Sapa. Tour de Pologne liczył w sumie 1200km, a Polak spędził w ucieczkach połowę tego dystansu!

Efekt? Kontrakt zawodowy z zawodową grupą Lampre. Obserwatorzy zagraniczni podczas polskiego wyścigu uznali, że niezły z niego fighter i warto w chłopaka zainwestować. I tak Polak otworzył sobie drogę do wielkiej kariery i prawie udało mu się zwiać peletonowi podczas Tour de France. Zabrakło mu wtedy chyba kilometra…

Etap piąty też był płaski, choć przez dziennikarzy TVP został szumnie okrzyknięty pierwszym odcinkiem górskim. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby na etapie górskim do mety dojechał prawie stuosobowy peleton, a drugi na mecie finiszował sprinter. Takie rzeczy tylko w Polsce! Panowie komentatorzy – reklama TdP i promocja kolarstwa w naszym kraju jest bardzo potrzebna, ale róbcie to z umiarem. Ponosi was. Wasza praca w telewizji to nie to samo, co fantastyczne sprawozdanie radiowe Wojciecha Trojanowskiego w latach 30. dla Polskiego Radia. On mógł opowiadać dla radia bajki i mówić: „Jaka szkoda, że państwo nie mogą tego zobaczyć.” Wy w TV nie możecie. Nie róbcie z widza (który często zna się na kolarstwie lepiej od was) idioty. Każdy na ekranie telewizora widzi to samo, co wy. I to w kolorze i w jakości HD.

Prawda jest taka, że Terma Bukowina – Bukowina Tatrzańska był jedynym etapem górskim i największym plusem tegorocznego TdP. Słowak Peter Sagan miał tylko 15 sekund przewagi w generalce i pewne było, że wszyscy bez wyjątku muszą stanąć na pedały, aby podjechać pod Gliczarów, ale absolutnie nie dało się przewidzieć kto ostatecznie stanie na podium. I wreszcie były kolarskie emocje, czyli jazda na maksa i naturalna selekcja pod górkę przy nachyleniu 24%.

A ten podjazd wygląda tak:

I takich etapów powinno być więcej. Jest Karpacz, Zieleniec, Bukowina, Zakopane. Z TdP naprawdę można zrobić wyścig ciekawy i trudny. Ale zamiast tego mamy spacer dla górali. Uciekał Rutkiewicz, wygrał Martin, który zepchnął z pozycji lidera Sagana i jeszcze wszystko mogło się zdarzyć.

I nie było w Krakowie etapu przyjaźni na zakończenie imprezy, bo przewaga Martina wynosiła zaledwie 3 sekundy. Z jednej strony to dobrze, bo emocje były do końca, ale z drugiej, to dowód, że TdP jest wyścigiem o niskim poziomie trudności. Tu wszyscy przyjeżdżają koło w koło. I dlatego przez cały tydzień wieje nudą, a tylko na jednym etapie zawiewa halnym.

Tomek_A®muła

Kategorie:Kolarstwo

Tour de Pologne? Fajnie, że był…

Sierpień 12, 2011 Dodaj komentarz

 

 

 

 

 

 

 

 

CDN…

Kategorie:Kolarstwo

Daleko od szosy

W czwartek wieczorem tir ekipy Garmin-Cervelo zablokował skrzyżowanie w centrum Wrocławia, bo kierowca musiał wypytać mieszkańców tego miasta, jak dojechać do Warszawy. Stanie w korkach po 22 za ciężarówką (nawet tak cudowną) jest dość denerwujące i nużące, więc wysłałem z nudów SMSa do redaktora Baranowskiego z Gdańska o treści:

Czy kierowcy wypasionych tirów zawodowych grup, przewożący sprzęt kolarski o wartości kilkuset tysięcy euro nie mogą sobie zafundować GPSa?

Odpowiedź z Gdańska była natychmiastowa i chyba trafna:

Panie redaktorze, GPSa to oni z pewnością mają, ale po tym jak przekroczyli naszą granicę, to skończyły się na ich wyświetlaczach autostrady, a zaczęły polskie nie zawsze oznakowane szosy, czyli niezłe schody.

Co racja to racja. Kibice po obejrzeniu reklamy tegorocznego wyścigu też stwierdzili, że dróg u nas nie ma i dlatego kolarze będą jeździć po dachach wieżowców.

I na tych polskich drogach chciałbym się na chwilę skupić, bo wspominał o nich ostatnio na swoim baranim blogu kolega redaktor. Mowa w tym tekście była dokładnie o tym, że nasz wyścig narodowy powinien zmienić nazwę na Tour de południowy Pologne. Redaktor Baranowski ubolewa nad faktem, iż kolarze szybko uciekają z Warszawy na południe w góry, gdzie rozstrzygają się losy wyścigu.

A gdzie mają się ścigać, Panie Redaktorze? Tydzień po płaskiej szosie albo na gdańskiej plaży pod Pana oknami? Nie mam nic przeciwko, żeby za rok TdP wystartował przykładowo z Gdańska, ale kierunek południowy jest jak najbardziej prawidłowy i uzasadniony. Wiem, że nie mamy arcytrudnych tras w górach, ale pagórki są i trzeba z nich korzystać. Nie mam nic przeciwko Tour de południowy Pologne. Mało tego-uważam, że trzeba go puścić od Tatr po Dolny Śląsk. Wtedy zamiast dwóch etapów z hopkami, można zrobić ze cztery etapy pagórkowato-górzyste. Mam na myśli takie miasta, jak: Zakopane, Bukowina Tatrzańska, Zieleniec, Karpacz. Byłoby trudniej i ciekawiej. I to nie jest tylko moje zdanie. Już kilka lat temu mówił mi o tym Bartosz Huzarski, który ma swoją wizję naszego narodowego wyścigu. Można o tym poczytać TUTAJ albo niżej.

Pisze Pan, że mało ścigania i wszystko się rozegra na jednym etapie. Zgadzam się. Ale nikt nam więcej dni startowych nie przyzna, a podjazdy są zbyt proste, żeby wyrobić dużą przewagę nad rywalami. Kalendarz jest zapchany. No bo kosztem czego/kogo mielibyśmy mieć na przykład dwutygodniowy tour? Innego wyścigu? Nie ma szans. Każdy walczy o swoje. Cieszmy się, że udało się zmienić termin z września na sierpień. To i tak bardzo dużo i jest chociaż nadzieja na lepszą pogodę.

Z TdP nie zrobimy TdF, bo podobieństwo jest tylko w skrócie nazwy. Nasze Tatry, to nie Alpy i Pireneje. Nikt asfaltu dla dobra wyścigu na Giewont nie wyleje. I dobrze. Przecież nie warto. Wyścig robi się między innymi dla kibiców, a nie kozic górskich. Nasze podjazdy są banalne i tego wyścigu nie wygrywają wielcy specjaliści od wspinaczek. Ale jednak parę procent nachylenia mamy, więc nie róbmy z Tour de Pologne drugiej Holandii. Nie ma co żyć w depresji. Trzeba zawodnikom piętrzyć trudności. Płaskim etapom mówię stanowcze NIE! Historia wyścigów wieloetapowych pisana jest w górach/górkach/terenie pagórkowatym. I dlatego do czwartku powieje na trasie nudą. A później przez chwilę powieje halny i nim się obejrzymy będzie pozamiatane, bo ktoś kogoś wyprzedzi o 10 sekund i zostanie królem polskich gór. Duży prestiż? Chyba dla zawodowców taki sobie.

Wiem, że Panu z Gdańska trochę do mojej i huzarowej wymarzonej południowej trasy nie po drodze i stoi Pan na dzień dzisiejszy daleko od kolarskiej szosy, ale nic straconego. Jak wyścig wróci „do mnie”, a wierzę, że kiedyś to nastąpi, to zapraszam do siebie. Taki Karpacz, może Zieleniec rowerowo i turystycznie. A później staniemy przy barierkach i zobaczymy, jak się męczą zawodowcy.

Ale najpierw udowodnię Ci Redaktorze, że Orlinek na rowerze nie jest tylko dla orłów. Dopiero Orlinek razy siedem, to zabawa dla nadludzi.

Radość na szczycie Orlinka. Niestety razy jeden...

ToMeK_A ® MułA

Bartosz Huzarski przed laty o Tour de Pologne:

Rozmawiałem z Czesławem Langiem na ten temat przyszłości TdP i sugerowałem, aby jeden etap przebiegał przez Zieleniec. Tam jest fantastyczny podjazd, który liczy 10 kilometrów. W Polsce brakuje takich miejsc jak Karpacz, czyli miast z dużymi podjazdami. To jest bardzo niekorzystna sytuacja dla kolarstwa, ponieważ wyścigi organizuje się przecież dla kibiców. Przeprowadzenie górskich etapów z dala od miast z pewnością nie przysporzy tej dyscyplinie nowych fanów. Czesław Lang ma jednak inne zdanie. Stawia na etapy płaskie, rundy wokół miast i widowiskową walkę na finiszu

O Tour de Pologne poczytasz też na baranim blogu

Kategorie:Kolarstwo

Bohaterowie czy wariaci?

Lipiec 27, 2011 1 komentarz

Redaktor Baranowski napisał:

To nie Evans jest największym bohaterem Tour de France!

———————-

Szanowny Panie Redaktorze,

Kilka dni temu poruszył Pan temat tragicznych wypadków na Tour de France i kolarzy, którzy brali w nich udział. Jest Pan pod wrażeniem determinacji, siły i wytrzymałości tych ludzi, bo mimo odniesionych kontuzji i poważnych uszczerbków na zdrowiu, postanowili kontynuować jazdę do samego Paryża. Nasuwa mi się jednak jedno pytanie po przeczytaniu tego tekstu – to naprawdę bohaterowie, czy jednak zwykli wariaci?

Opisał Pan straszny upadek Flechy i Hoogerlanda na jednym z etapów. Kraksa przejdzie chyba do historii tego sportu. Świadczą o tym  niezliczone powtórki, komentarze i odsłony filmików na Youtube. Kolarz jadący w ucieczce z szansą na wielki sukces w karierze w najbardziej prestiżowym wyścigu świata wylatuje z siodła, jak z katapulty, ląduje w polu i opatula się w płot z druta kolczastego. A wszystko dlatego, że kierowca samochodu jednej z telewizji miał chyba oczy w dupie zamknięte.

Pot, krew, łzy, krew, dramat i jeszcze więcej krwi. Co robi pokiereszowany Hoogerland? Zbiera się z ziemi i jedzie dalej. Przyjeżdża na metę kilkanaście minut po peletonie, zakłada koszulkę najlepszego górala TdF, a chwilę później lekarze zakładają mu trzydzieści szwów. Następnego dnia rano zawodnik jest gotowy do jazdy, a na kolejnych etapach nawet zabiera się w kolejną ucieczkę!

Fot. STRINGER/FRANCE REUTERS

Fot. STRINGER/FRANCE REUTERS

Bohaterowie czy wariaci? Jak widzę poświęcenie, zaangażowanie, wolę walki i chęć zwycięstwa tych ludzi, to stanowczo stwierdzam, że BOHATEROWIE! Takimi akcjami, jak Hoogerlanda zawodowcy zamykają gęby ludziom, którzy o tym sporcie nie mają pojęcia i wyzywają kolarzy od pedałów w obcisłych leginsach. A prawda jest taka, że to obok maratonu najtrudniejszy sport na świecie. Dla twardzieli. Dla najsilniejszych. Tylko dla orłów. Przecież kolarstwo zawodowe nie jest dla normalnych ludzi. To zabawa dla nadludzi, bo żaden przeciętny organizm takiego wysiłku nie jest w stanie wytrzymać.

Z drugiej strony, kiedy obserwuję zakrwawionych facetów owiniętych bandażami i przypominających mumie, to zastanawiam się po co to wszystko?

Holender Laurens Ten Dam z grupy Rabobank(fot. EPA)

Warto? Jest sens? Fachowcem nie jestem, ale z tego co wiem, to zawodowcom nie płacą pieniędzy od przejechanego kilometra. Można się zawsze wycofać. Z bólu. Ze zmęczenia. Z powodów taktycznych (w końcu za chwilę kolejny wyścig i nie warto się zupełnie wypalić na TdF).

Jednak ci goście tak są naładowani adrenaliną (żeby tylko tym, to byłoby pół biedy…), że po groźnym upadku potrafią wstać, wsiąść na rower i jechać dalej. Bardzo często takiego delikwenta siłą ściąga z roweru lekarz zawodów jadący w samochodzie za peletonem. To już jest desperacja. Trąci samobójstwem i nie poprawia wizerunku tego sportu. Media lubią krew na pierwszej stronie, więc nawet Fakty i inne programy informacyjne „zaniepokoiły się” ostatnio sytuacją na trasie Wielkiej Pętli. Były urywki krwawych etapów i to nie w bloku sportowym. A wszystko w tonie ciekawostki o wariatach, którzy dla chwili sławy zrobią praktycznie wszystko.

Bo tak właśnie jest. Wśród tych bohaterów są wariaci, którzy przekraczają granice zdrowego rozsądku, ale to nic nowego. Tak jest od 1903 roku, więc nie widzę powodów, dla których media nie mające nic wspólnego ze sportem, miałyby nagłaśniać dramatyczne wydarzenia z tegorocznej Wielkiej Pętli. Bo to nie wychodzi profesjonalnie. To pokazuje tylko jedną „wariacką” stronę medalu. Nie tędy droga, bo w tym ściganiu i szaleństwie jest metoda. Ale żeby to zrozumieć, to trzeba posłuchać redaktora Jarońskiego i Wyrzykowskiego, poczytać Tuszyńskiego i Lipońskiego. Trzeba kochać kolarstwo.

W wyścigach szosowych od zawsze trzeszczą stawy i pękają kości. Co roku ich uczestnicy są obdarci ze skóry i oklepani do krwi. Normalka. Ale jedno muszę niestety obiektywnie przyznać. Rok 2011 był pod tym względem dla Tour de France jak wiejska droga-pełen wybojów i zasrany.

Zobacz galerię Dużego Kadru  z Wielkiej Pętli

Tomek_A®muła

Kategorie:Kolarstwo

Francuski film klasy B-odpowiedź na tekst redaktora Baranowskiego

Lipiec 24, 2011 3 komentarze

Adam Baranowski napisał:

Wielka Pętla, czy wielka kicha?

Francuski film klasy B, czyli…

„W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.”

Szanowny Panie Redaktorze,

z wielkim zainteresowaniem przeczytałem Pana tekst >>Wielka Pętla, czy wielka kicha?<< i z wielką przykrością muszę stwierdzić, że… ma Pan absolutną rację. Zgadzam się z Pana przemyśleniami i argumentacją. To już nie jest ten sam Tour de France co kiedyś. To już nawet do końca nie jest sport. Wielka Pętla przypomina bardziej nudną brazylijską telenowelę niż rywalizację o zwycięstwo w najtrudniejszym wyścigu świata. Niestety jest to serial bardzo nudny i przewidywalny. Taki zwyczajny film klasy B. Bierze w nim udział prawie 200 statystów, a w każdym wozie technicznym jedzie reżyser, który przez trzy tygodnie trzyma się ustalonego scenariusza swojej ekipy.

Słuchawki w uszach zawodników  zabijają kolarstwo. Pisałem już o tym dawno tutaj  i nie zamierzam się powtarzać, bo zdania nie zmieniłem. Szkoda na to czcionki w Wordzie. Podczas Tour de France prawie nic się nie dzieje. Nie mam na myśli oczywiście etapów płaskich. One są specyficzne i mało ważne. Historia TdF pisana jest w górach. A raczej kiedyś była. Wszystko dzięki ludziom, którzy nie bali się zaryzykować i swoimi akcjami w górach przechodzili do historii tego sportu.

Teraz wszyscy oglądają się na siebie. Kalkulują. Liczą. Zadają pytania przez radio. Kolarze nie myślą sami. Od tego mają kierownika sportowego w samochodzie, który przed sobą ma telewizor włączony na Eurosport, a kto wie- może na kolanach trzyma dodatkowo kalkulator. Dzięki temu jego zawodnicy otrzymują pełne informacje jaką prędkością mają jechać, żeby dogonić rywali przed kreską i specjalnie się przy tym nie zmęczyć. Czysta matematyka i chłodna kalkulacja zamiast sportu. Kolarstwo zostało zupełnie obdarte z romantyzmu i emocji. Brakuje zawodników, którzy mają jaja. W peletonie zostali przeciętniacy bez własnego zdania i charakteru. Armstrong w odpowiednim momencie po prostu przyspieszał i gubił rywali. Pantani podejmował ryzyko i gnał do mety nie oglądając się nawet przez chwilę. Tak się tworzą legendy.

Teraz jesteśmy świadkami jazdy turystycznej i oglądania się na rywali. Jeśli ktoś ma odwagę, to zaatakuje na kilometr przed metą, żeby… no właśnie. Po co? Żeby zyskać trzy sekundy? Brakuje mi postawienia wszystkiego na jedną kartę.

Pod koniec niby trochę drgnęło. Francja miała swojego bohatera Thomasa Voecklera, lecz w tym francuskim serialu grał rolę tragiczną. Miał zostać wielkim przegranym Wielkiego Touru i tak się stało. Nie jest on (jeszcze?) kolarzem, który byłby w stanie grać główną rolę non stop przez trzy tygodnie. Dzięki temu było ciekawiej, bo pokazał się Andy Schleck. Tylko grać trzeba wedle scenariusza i jasne było, że lepszy na czas będzie Cadel Evans. Za mało niespodzianek. Za mało niewiadomych. A to potrafi uśpić każdego kibica. Cytując kultowy film Rejs: „W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.”

Gra aktorska do bani. Scenariusz przewidywalny. Słaba reżyseria. Ale dzięki Eurosport Polska nawet inżynier Mamoń nie powiedziałby dziś że: „Bardzo niedobre dialogi są.” Jaroński i Wyrzykowski są w stanie uratować każdy spektakl i przytrzymać widza przed telewizorem. I tylko dzięki nim Szanowny Panie Redaktorze patrzę na to trzy tygodnie… Patrzę…I aż chce mi się odejść od TV, proszę pana, ale… nie odchodzę.

Wielka Pętla, czy wielka kiszka? Niestety wielka kiszka, Panie Redaktorze. Ale to nie jest powód, żeby zakładać na szyję wielką pętlę i rozchybotać pod sobą taboret. Bo przecież w kolarstwie, jak w życiu – najważniejszy jest DYSTANS.

Tomasz Armuła

Już za chwilę Tour de Pologne Panie Redaktorze, a to znaczy, że gwiazdy spadną na naszą  stolicę. Polak tej imprezy nie wygra, ale mamy wyścig na wysokim poziomie. Jest organizacja, promocja. Przyjedzie światowa czołówka. Mamy na szczęście Czesława Langa. I to sprawia, że nie ma się czego wstydzić. Mało tego- można, choć przez chwilę poczuć się zwycięzcą.

Kategorie:Kolarstwo